Nasz blog wędkarski

Ostatnio dodane

Irlandzka jesień

Reportaż Piotra Motyki / Irlandia

Irlandzka jesień

Zielona wyspa znana mi była jak dotąd tylko z dwóch wiosennych wypraw, które odbyłem w latach 2006 oraz 2010. Kraj ten mnie wtedy oczarował, nie tylko zasobnością w ryby, ale również swym niepowtarzalnych klimatem, na który złożyły się średniowieczne zamki, urwiste klify Moher nad oceanem, puby z piwem Guinness oraz grana na żywo, jedyna w swoim rodzaju celtycka muzyka.

Od lat pragnąłem tam wybrać się również jesienią, gdyż to ponoć najlepsza pora na połów grubych szczupaków, będących wówczas w optymalnej kondycji fizycznej. Ponadto barwy jesieni sprawiają, że zdjęcia są zdecydowanie piękniejsze, a otaczające nas krajobrazy bardziej malownicze.

Plan udało się zrealizować dopiero teraz, we wrześniu 2017 roku, a więc po siedmiu latach od mojej ostatniej eskapady. Eskapady naznaczonej tragiczną katastrofą smoleńską oraz erupcją islandzkiego wulkanu, który zatrzymał komunikację lotniczą w wielu krajach, a nas zmusił do koszmarnej poniewierki przez pół Europy. Podróż powrotną przebyliśmy dwoma promami, ekspresowym pociągiem, londyńską czarną taksówką i samochodem wysłanym po nas z Polski do holenderskiego Rotterdamu. [ tutaj reportaż z tamtej wyprawy ]

Teraz wybrałem się w towarzystwie Sławka Smółki, z którym ostatnio coraz częściej podejmujmy wspólne wędkarskie wyzwania. W planie mieliśmy sześć dni łowienia ryb pod okiem znakomitych przewodników i niezwykle sympatycznych chłopaków – Jacka Gornego i Tomka Kurmana, mieszkających od wielu lat w Irlandii.

Podróż przebiegła bezproblemowo – najpierw samolotem Ryanair przeskoczyliśmy z podwarszawskiego Modlina do stolicy Irlandii, a potem w Dublinie zapakowaliśmy się do lokalnego autobusu, który przetransportował nas do miasta Athlone w centralnej części wyspy. Stamtąd już odebrał nas Jacek i zawiózł do hotelu położonego w pobliżu miasteczka Roscommon.

Irlandzka jesień
Dzień pierwszy

Rano po zjedzeniu typowo brytyjskiego śniadanka (jedni lubią, inni nie, ale obfitości i pożywności nie sposób temu daniu odmówić), założyliśmy odpowiednie ciuchy (uwaga – przelotny deszczyk to w Irlandii codzienność) i popędziliśmy schodami na dół, gdzie przy recepcji już czekał na nas Jacek. Sprzętu własnego nie trzeba było przygotowywać – wszystko mieliśmy zapewnione przez naszych niezwykle profesjonalnych gospodarzy. Jedyne, co wziąłem ze sobą z kraju, to małe pudełko z ulubionymi przynętami. Ale nie wiadomo, czy ich użycie będzie celowe… Po dwudziestu minutach jazdy już byliśmy na miejscu – w sporej marinie nad jeziorem Ree – jednym z największych i najbardziej rybnych zbiorników Irlandii.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

„Jeśli chodzi o szczupaki, to dla mnie woda numer jeden na całej wyspie i postanowiłem teraz łowić z klientami głównie tutaj.” – od razu poinformował nas Jacek. „Corrib pozostaje naszym głównym celem jeśli chodzi o feroksy, ale szczupaków jest tu więcej. Poza tym, w zależności od warunków, mamy jeszcze do dyspozycji inne świetne jeziora – np. Mask, Derg czy kilka tajnych, którymi się głośno nie chwalimy. No i Corrib zawsze będzie szczupakową opcją, szczególnie jeśli chodzi o wiosenne metrówki na płyciznach. To w zupełności wystarczy, aby grubo łowić z klientami. Niezadowolonych praktycznie nie ma.”

Po zeslipowaniu łodzi ruszyliśmy na wodę. Pierwsze rzuty na kamienistej rafie nie przyniosły jednak efektu. Uderzyła nas wielkość przynęt zaproponowanych przez Jacka.

„Duże gumy są znacznie skuteczniejsze niż małe. Wywabiają szczupaki ze znacznej głębokości, są lepiej widoczne z oddali, a poza tym duży kąsek jest dla „grubego zwierza” bardziej atrakcyjny niż mniejszy.” – szybko wyjaśnił nasz guru.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Po kwadransie zmieniliśmy miejsce. Tam doszło do spotkania z inną łódką, na której znajdował się drugi z naszych polsko-irlandzkich przewodników – Tomek, a także jego czeski klient Filip, z którym wędkowali już trzeci dzień. Przywitaliśmy się serdecznie - takie spotkania po latach to miła rzecz, szczególnie, gdy wspomnienia należą do zdecydowanie przyjemnych. Tomek z Filipem mieli już na koncie trzy metrówki, złowione dzień wcześniej, w tym jedną rybę o długości 113 cm. A poza tym wiele mniejszych sztuk. To imponujące! Ech, ta Irlandia…

Mnij więcej po godzinie łowienia nasi przewodnicy skomunikowali się telefonicznie, gdyż jeden z nich odkrył spore skupisko dużych szczupaków wokół stad drobnicy na dość głębokiej wodzie. Już było wiadomo, że tam spędzimy najbliższe godziny, próbując skusić do ataku wielkie zębate paszcze stosując metodę trollingową. Jacek zamontował w uchwytach cztery wędki – dwie zewnętrzne z planerami i dwie pracujące znacznie bliżej, kilkanaście metrów za łodzią. Na ekranie echosondy ukazały się pierwsze szczupaki stojące w toni pod ławicami małych rybek. Jacek od razu zapowiedział, abyśmy przygotowali się na rychłe branie.

No i nie pomylił się! W kilkanaście sekund po jego zapowiedzi pierwsza wędka wygięła się. Jako, że znajdowała się po mojej stronie łodzi chwyciłem ją, szybkim ruchem wyjąłem z uchwytu i rozpocząłem hol. Ryba musiała być spora, stawiała duży opór. Zapachniało metrówką.

Po kilku minutach szczupak szczęśliwie wylądował w wielkim podbieraku Jacka. Od razu uwieczniliśmy go na kilku fotkach i przystąpiliśmy do mierzenia, kładąc na specjalnej macie z miarką. Niestety – ryba miała „zaledwie” 96 centymetrów. A więc do metra trochę zabrakło, niemniej to dla mnie żaden problem. W wędkarstwie liczą się bowiem emocje, akcja, a największym wyzwaniem jest znalezienie ryb i skuteczne skłonienie ich do brań. To znacznie ważniejsze od tego, czy ryba ma kilka centymetrów więcej czy mniej. Na co zresztą nie mamy absolutnie żadnego wpływu.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Kolejnego szczupaka wyciągnął Sławek, bo branie objawiło się tym razem po jego stronie. Miał 90 centymetrów. Następny uderzył w prowadzoną dość płytko 30-centymetrową gumę dosłownie po kilku kolejnych minutach. Ten sprawił Sławkowi znacznie więcej kłopotu, ale też w końcu się poddał i wjechał do podbieraka. Wydawało się z pozoru, że „metrówka” murowana, ale pomiar wykazał tylko 98 centymetrów. Trochę pech, ale winny był nieproporcjonalnie mały ogon w stosunku do reszty szczupaczego ciała.

„To sto piątka z ogonem dziewięćdziesiątki” – spuentował Jacek.

Tym czasem na sąsiedniej łódce Filip wyjął po dość wyczerpującym holu rybę o długości 102 centymetry. Ma chłopak fart! To jego czwarta metrówka w ciągu trzech dni łowienia. Trafił chyba na łowienie życia.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Nie zdążyliśmy się dobrze rozsiąść w fotelach, a jedna ze Sławkowych wędek znowu przygięła się znacznie i już pozostała w tej pozycji. Nieostrożny szczupak był zatem zacięty. W trollingu całą robotę w tym zakresie wykonuje bowiem impet płynącej łodzi. Hol trwał może z pięć minut i zakończył się pechowym wypięciem ryby. A już ostrzyliśmy sobie apetyt na wyjątkowo pokaźny okaz, na co wskazywał opór na wędce – znacznie większy, niż przy poprzedniej rybie Sławka. Jakieś fatum, nie doczekamy się chyba tej metrówki.

Potem, aby trochę odreagować i odsapnąć po wielkich emocjach spłynęliśmy na małą wysepkę na lunch. Tam też za moment pojawił się Tomek z Filipem. Chłopcy szybko przystąpili do smażenia filetów z rdzawców, złowionych kilka dni wcześniej na oceanie. Po kwadransie wszystko było gotowe. Powiem tylko tyle – obiad marzenie! Taki serwis można opisywać w podręcznikach dla młodych kandydatów na wędkarskich guide’ów. Od Jacka i Tomka mogli by sporo się nauczyć.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Po obiedzie potrollingowaliśmy jeszcze trochę na naszej miejscówce, ale padło tylko kilka mniejszych szczupaków. Potem zmieniliśmy miejsce, płynąc za cypel. Tam łowiliśmy z rzutu. Nie wydarzyło się nic spektakularnego, poza wypięciem się przy łódce 40-centymetrówego pstrąga, który zaatakował wielką szczupakową gumę. Szkoda, bo był w sam raz na pstrągowe carpaccio. Większych pstrągów nasi przewodnicy tutaj nie zabierają, a na Corribie w ogóle żadnych. To surowe reguły, które chłopcy narzucili sobie, aby te wyjątkowo cenne cuda irlandzkiej natury utrzymywały swoją populację na niezmiennie wysokim poziomie.

Przed wieczorem obłowiliśmy jeszcze rafę przy jednej z wysp. Tam zanotowaliśmy kilka kolejnych brań i wyholowaliśmy ostatnie tego dnia szczupaki. Summa summarum - to była dobra sesja. Ryb wyjęliśmy kilkanaście, w tym trzy dziewięćdziesiątki plus. Oby tak dalej!

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Wieczorem wylądowaliśmy na kolacji w naszym hotelowym pubie. Po dniu pełnym wrażeń łyk piwa Guinness podziałał na zmęczone mięśnie jak prawdziwy balsam. Co tu dużo mówić – radość rozpierała nasze serca. Świadomość, że jutro czekają na nas kolejne emocje, to jedno z najpiękniejszych uczuć na wędkarskich wyprawach.

Irlandzka jesień
Dzień drugi

Łódkę zeslipowaliśmy tym razem w innym rejonie jeziora Ree. Na otwarte wody prowadził dość wąski kanałek, który jednak pokonaliśmy w szybkim ślizgu. Jacek starał się, abyśmy znaleźli się jak najszybciej na łowisku. Tym razem mieliśmy próbować szczęścia na podwodnych łąkach – blatach porośniętych bujnymi łanami zielska. Głębokość zasadniczo od trzech do czterech metrów, ale momentami robiło się też płycej. Wykonywaliśmy w dryfie rzuty, stosując Jackowe pstrągopodobne gumy oraz dżerki – te ostatnie jego produkcji. Byliśmy od wrażeniem tej przynęty. Jej praca nie przypominała niczego, co znałem wcześniej. Niczego produkowanego fabrycznie. No, może poza salmowskim sliderem, który jest przynętą wybitną i działa niemal zawsze. Odjazdy woblera na boki były nieregularne, szerokie nawet przy bardzo wolnym podszarpywaniu. Zachowywał się zupełnie jak żywa, chora rybka. Prawdziwe arcydzieło, do stworzenia którego Jacek wykorzystał cały bagaż swoich szczupakowych doświadczeń.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Niestety, przez kilka godzin zanotowaliśmy jedynie pojedyncze, bardzo delikatne trącenia. Ryba była wyraźnie nieaktywna. Być może właśnie kończył się kilkudniowy okres fenomenalnego żeru, na który szczęśliwie trafił nasz czeski kolega. Innym powodem mógł być zimny północny wiatr, który rozwiał się już na dobre. A więc zmiana, pogody, zmiana ciśnienia. Tego szczupaki nie lubią jak świat długi i szeroki.

Łowiliśmy na kilkusetmetrowym blacie, z dala od trzcin. Ale co jakiś czas patrzyliśmy tęsknie ku brzegowi, marząc o rzutach mniejszymi gumkami do samej krawędzi trzcinowisk. Jacek zauważył to i z charakteryzującą prawdziwego mistrza pewnością siebie skomentował:

„Wiem, o czym myślicie. Nic z tego. To teraz nie ma sensu. Może wiosną tak, ale nie teraz. Ten błąd popełniają wszyscy wędkarze, którzy wyrobili sobie nawyki przez lata łowienia w Szwecji. Tutaj w Irlandii jest inaczej. Szczupaki są dokładnie pod nami, w tym miejscu, gdzie teraz pływamy. Grube sztuki i dużo. Problemem jest tylko to, kiedy zażerują. Bo to, że w końcu zaczną brać, jest pewne jak to, że dzisiaj zajdzie słońce. Ale może to być za chwilę, za dwie godziny, może być też jutro. Ja wyznaję zasadę, że trzeba trzymać się dobrych miejsc i rzucać, rzucać, po postu być cierpliwym i konsekwentnym. Nagroda przyjdzie.”

Irlandzka jesień

Potem Jacek, wykorzystując ten moment szczupakowego lenistwa, opowiedział nam trochę o szczupakowych zachowaniach, sposobach łowienia tych silnych, pięknych i dużo cwańszych niż się powszechnie uważa ryb, stosowanych przynętach i ich prowadzeniu, taktyce trollingu, taktyce łowienia w dryfie… Było to coś na kształt wykładu w najlepszej szczupakowej akademii. Słuchaliśmy zatem z zapartym tchem, chłonąc tę cenną wiedzę i starając się nie uronić z niej nawet najmniejszej krztyny…

Aż w pewnym momencie poczułem silne uderzenie w prowadzoną w opadzie gumę.

„Ale przylał!” – krzyknąłem i odwinąłem zamaszyście kijem. Cały zestaw aż zagrał.

„No widzisz? Mówiłem ci.” – odpowiedział ze spokojem Jacek.

Ten szczupak wziął mi akurat na fragmencie dość płytkiej wody. Pod nami było może półtora metra, może ze dwa. Moja gumka zanurkowała pomiędzy pędy rogatka i irlandzka bestia nie wytrzymała. Ryba w chwilę po zacięciu wykonała bardzo efektowny wyskok ponad lustro wody, opadła z hukiem z powrotem wzbijając w górę fontannę piany, a potem zanurkowała do dna i odjechała na kilkanaście metrów. Jednak nie był to okaz, który mógłby sprawić nam większe problemy. Po trzech minutach krążenia wokół łodzi udało się w końcu go podebrać. Miał 85 centymetrów. Taki irlandzki „średniaczek” :-).

Irlandzka jesień

Potem przyszła pora na lunch. Ponoć – jak zapowiedzieli chłopcy – najlepszy, w trakcie całego naszego pobytu. Słowem: coś ekstra. Ta specjalnością okazały się steki z wołowego antrykotu, podawane wprost z ogniska w niezwykłej scenerii starych irlandzkich ruin. Okazały się tak pyszne, że trudno to wyrazić słowami. Lepszych nie jadłem chyba nawet w Argentynie. Jedząc obserwowaliśmy łódkę dryfującą na środku zatoki, w której znajdowali się dwaj wędkarze. W pewnym momencie jeden z nich przychylił się, więc odstawiłem na moment talerz i używając zoomu mojego aparatu przyjrzałem się im lepiej. Mieli szczupaka! Ryba po wyciągnięciu wody ukazała się moim oczom w pełnej krasie – miała minimum 90 centymetrów. A zatem chyba zaczyna się!

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Po lunchu wypłynęliśmy więc na wodę z wielkimi nadziejami. Jednak szybko okazało się, że nie był to sygnał początku żeru, a raczej tzw. „pojedynczy strzał”, który może trafić się zawsze. Resztę dnia spędziliśmy obławiając naszą łąką, a także zlokalizowaną nieopodal kamienistą rafę. Północny wiatr był coraz silniejszy, a brań jak na lekarstwo. Jednak opisywany przeze mnie wyżej jerk Jacka zaczął w końcu działać, czego efektem było kilka wyjętych szczupaków – w tym jedna dziewięćdziesiątka Sławka. Było coraz chłodniej, więc na rozgrzewkę wzmocniliśmy się kilkoma łykami irlandzkiej Tullamore. Od razu poczuliśmy błogie ciepełko i w znacznie lepszym nastroju łowiliśmy dalej.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

A gdy trudny wędkarski dzień, okraszony dwiema porządnymi rybami i kilkoma mniejszymi, dobiegł wreszcie końca, spłynęliśmy z powrotem na naszą przystań. W hotelu – tradycyjnie kolacja z piwem (tym razem Smithwick, które osobiście wolę od Guinnessa) – potem gorąca kąpiel i grubo przed północą zalegliśmy w wygodnych łóżkach.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Dzień trzeci

Do tej pory obławialiśmy południową i środkową część jeziora, a tego dnia przyszła pora na jego północny kraniec. Łódź zeslipowana została w marinie w Roscommon, a następnie rozpoczęliśmy łowienie w jednej z zatok. Dryfowaliśmy z użyciem dryfkotwy (silny wiatr!) na kilkusetmetrowym pasie 3-4 metrowej wody z dnem porośniętym gęstą roślinnością. Do południa brań było niewiele – w zasadzie tylko ja wyjąłem dwie ryby na moje przywiezione z kraju gumki – Manns’a oraz Daiwy (w końcu uprosiłem Jacka, abym mógł użyć mniejszych przynęt, ale on z uporem kiwał cały czas głową mrucząc, że to bez sensu…). No tak, ryby miały mniej więcej po 75 centymetrów, a brania były dość delikatne.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Nieopodal nas trollingował kolega Jacka – Joe, jeden z najlepszych miejscowych wędkarzy, który łowi grube okazy ciągnąc przynęty na „krótkim dyszlu” dosłownie kilka metrów za łodzią. To osobliwa, ale bardzo skuteczna metoda, o czym Jacek niejednokrotnie przekonał się sam. Według jego obserwacji oraz opinii Joe’go, niemrawe szczupaki pobudzane są do życia pracą silnika spalinowego, którego śruba miesza wodę wytwarzając przy tym głośny bulgot i wibracje, czym oddziałuje intensywnie zarówno na wzrok jak i na linię boczną drapieżników. Aby przynęty nie płynęły bezpośrednio w warkoczu powietrznych bąbelków, używane są długie kije odciągające je nieco na boki. Tym razem jednak Joe nie odniósł spodziewanego sukcesu i po godzinie popłynął w inny rejon jeziora.

Gdy worek z braniami ciągle nie chciał się otworzyć, Jacek w końcu zaordynował obiad. Był to dalszy ciąg kulinarnych rozkoszy – tym razem jego małżonka przygotowała fantastyczną rybę po grecku, używając do tego celu filetów z niezawodnego rdzawca. Ciepłą jeszcze potrawę odebraliśmy na przystani, a potem spałaszowaliśmy kryjąc się przed wiatrem w betonowej wiacie na małej wysepce. Po obiedzie gorąca kawa dodała nam animuszu i ruszyliśmy z powrotem na wodę.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Jacek skierował nas znowu na nasze poranne miejsce twierdząc, że ryby muszą w końcu się odezwać. Faktycznie, popołudnie przyniosło długą oczekiwaną wzmożoną aktywność ryb, która trwała ze dwie godziny z okładem. Złowiliśmy w tym czasie kilkanaście sztuk, w tym jedną dziewięćdziesiątkę piątkę, jedną dziewięćdziesiątkę, kilka osiemdziesiątek plus i kilka siedemdziesiątek. Były nawet dublety. Spośród przynęt najlepiej sprawdziły się oczywiście te preferowane przez Jacka – dżerk i duże gumy. To był fantastyczny moment, który sprawił, że wieczór nadszedł w mgnieniu oka. Czuliśmy w mięśniach przerzucone kilogramy ryb, ale każdy wędkarz uwielbia takie zmęczenie. Zatem Ree pokazało nam wreszcie swoje najpiękniejsze oblicze.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Aby podkreślić nasze doskonałe humory, w drodze powrotnej zakupiliśmy dla uczczenia tego dnia butelkę wybornego irlandzkiego Jamesona.

Dzień czwarty

Poranek powitał nas w miasteczku Herford, do którego przenieśliśmy się wczoraj na kolejne trzy dni pobytu. Wygodny, mały hotelik „Anglers rest” („Odpoczynek wędkarza”) był kwintesencją Irlandii w pigułce, a jego firmowymi znakami było serwowane tutaj klasyczne „Irish breakfest” i klimatyczna restauracja pubem, gdzie można było napić się fantastycznego piwa i pooglądać w telewizji mecze rugby.

Jacek przyjechał po nas około 9.00 i wyruszyliśmy w drogę. Program przewidywał łowienie na tajnym jeziorze znanym tylko kilku przewodnikom, oddalonych od hotelu o parędziesiąt kilometrów. Po godzinie jazdy znaleźliśmy się nad brzegiem wody. Był to zdecydowanie najbrzydszy dzień naszego pobytu – zbierało się deszcz, a niebo pokrywały ołowiane, gęste chmury.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Po drodze Jacek opowiadał nam różne ciekawostki o zachowaniu szczupaków. Najbardziej zadziwiła nas historia, która zdarzyła się już naszemu koledze kilkakrotnie. Otóż zarzekał się, że duże, mądre szczupaki, szczególnie te, które były już kiedyś na haku i mają doświadczenia spotkań z wędkarzami, potrafią wychylać łeb z wody i obserwować otoczenie, aby sprawdzić, co dzieje się nad powierzchni i czy należy być zatem ostrożnym, czy nie. Nie spodziewaliśmy się, że praktyczna weryfikacja tej tezy przyjdzie zadziwiająco szybko.

Łowienie zaczęliśmy około dziesiątej trzydzieści. Na jeziorze spotkaliśmy sporo łódek z miejscowymi wyposażonymi w muchówki. Uspokoiło nas to. Nie powinni nam zatem przeszkadzać w łowieniu szczupaków.

Niestety, dwugodzinne obławianie bankowej miejscówki Jacka, która już niejednego klienta obdarzyła metrowymi szczupakami, nie przyniosło żadnych efektów poza kilkoma rachitycznymi trąceniami. Szczupaki były niemrawe albo bardzo ostrożne. W pewnym momencie nastąpiło to, czegośmy się w ogóle nie spodziewali. Obok naszej łódki, w odległości może dziesięciu metrów z wody wynurzył się… wielki łeb metrowego szczupaka! Ryba wyraźnie obserwowała nas i podpłynęła nawet kilka metrów w naszym kierunku, aż w końcu zanurzyła łeb z powrotem pod powierzchnię wody i zniknęła.

„No i co?” – rzucił szybko podekscytowany Jacek.

Patrzyliśmy przez moment na to widowisko ze Sławkiem z otwartymi ustami i staliśmy jak zamurowani. Po chwili ocknąłem się jednak i szybkim krótkim rzutem podałem szczupakowi moją gumę niemal pod pysk – tam, gdzie wcześniej zanurzył łeb.

„Możesz rzucać sobie do woli – nie ma szans na branie!” – skomentował moją nagłą decyzję Jacek.

Rzeczywiście, nie poczułem żadnego targnięcia ani nawet trącenia.

„To doświadczony „zawodnik”. Mądra ryba, którą zaciekawiły nasze przynęty, ale jednocześnie być może niepokoiły ją dziwne hałasy znad powierzchni wody. Nasze rozmowy, stuknięcia w podłogę łódki – nawet bardzo ciche… Szczupak postanowił więc sprawdzić, co się dzieje. No i już wie, że od tych pływających tu i tam gumowych rybek lepiej trzymać się z daleka.” – podsumował Jacek.

Teraz już wiedziałem, dlaczego trącenia były tak delikatne, ostrożne. Ryby pewnie zostały skłute w tej zatoce przez jakąś inna ekipę – może wczoraj, może przedwczoraj, a może nawet dziś z samego rana. To dla nas niemiła niespodzianka – mieliśmy tu mieć prawdziwe żniwa, a tak na eldorado trafił ktoś inny. Ale tak to już jest na rybach.

„Poszukamy ich zatem gdzie indziej. Tutaj wody dostatek, dobrych miejsc też nie brakuje. Poradzimy sobie.” – rzucił nie tracąc nic a nic fasonu Jacek i odpalił silnik. Popłynęliśmy na drugą stronę jeziora.

W niewielkiej zatoczce schowanej za kilkoma małymi wysepkami zakotwiczyliśmy łódź przy wychodzącym z głębszej wody ostrym stoku porośniętym zielskiem. My ze Sławkiem rozpoczęliśmy spinningowanie szczupakowymi gumami, a Jacek rozłożył swoją lekką okoniową wędkę i postanowił spróbować złowić niewielkiego garbuska, który mógłby posłużyć nam jako przynęta na feroksy. Już jutro bowiem mieliśmy w planie pstrągowy trolling na jeziorze Corrib.

Już po chwili Jacek oznajmił, że ma rybę. Okazała się jednak być nie małym okoniem, a grubym szczupakiem. Niestety, bez przyponu nasze szanse były niewielkie. Jacek oddał od razu wędkę Sławkowi, aby ten cierpliwie powalczył z rybą – a nuż mu się uda… Szczupak chodził wokół łodzi może z pięć minut, ani na moment nie dając oderwać się od dna.

„Może być metrówka, ale może być też ledwie trzykilówka. Na tym sprzęcie trudno ocenić.” – studził nasz zapał Jacek. Ryba faktycznie była bardzo silna, ale nasz przyjaciel miał całkowita rację. Pewność możemy mieć dopiero po jej zobaczeniu. Niestety, nie dane nam było tego doczekać. W pewnym momencie szczupak szarpnął energicznie i było po wszystkim.

W jednym z kolejnych rzutów poczułem porządne uderzenie w mojego Manns’a. Ryba jednak nie zacięła się. Pozostał mi tylko wyraźny ślad poprzecznego cięcia przez całą szerokość gumowej przynęty. Po kolejnych piętnastu minutach Jacek zarządził przestawienie łodzi w inne miejsce. Było nim szerokie i płytkie rozlewisko, porośnięte obficie grążelami.

Już w pierwszym dryfie wykonałem skuteczny rzut w okolice pływających liści. Sprowadzanego w stronę łodzi szerokimi zakosami jerka zaatakowało nagle potężne złoto-zielone cielsko. Było to jakieś pięć metrów od naszej burty. Zaciąłem go błyskawicznie.

„Wielka Ryba! Sto dziesiątka na bank.” – krzyknął z podniecenia Jacek i chwycił za podbierak.

Szczupak pociągnął potężnie, zawinął się i uderzył z całym impetem ogonem o lustro wody, a ja szykując się na energiczny odjazd poluzowałem błyskawicznie hamulec. Niestety, do odjazdu nie doszło. Nagle linka zwiotczała. Rybę miałem na kiju może z kilka sekund.

Jacek był załamany – upragniona metrówka była na wyciągnięcie ręki. Odjazd, kilka minut holu, parę rundek dookoła łodzi – i byłaby w podbieraku. A zamiast tego: rozczarowanie i nos zwieszony na kwintę (albo, jak powiedzieliby inni: „kocia morda”). Takie już jest to nasze wędkarstwo.

Nie wiem czy popełniłem jakiś błąd. Nie wydaje mi się. Po prostu olbrzymi szczupak zacięty na tak płytkiej wodzie oraz tak blisko łodzi dostaje nagłego szału i trzepie łbem z niebywałym impetem. Poza tym nie wiadomo, czy był właściwie i w dobrym miejscu zacięty. W efekcie udało mu się uwolnić haka. Porażka z rybą jest zawsze smutna. Ale czasem wiadomo, dlaczego tak się stało, co może owocować chociaż cenną nauką na przyszłość, a czasem pozostaje to tajemnicą – tak jak w tej sytuacji.

Trochę na pociechę, po pięciu minutach udało mi się zaciąć kolejnego dużego szczupaka. Też w okolicy grążeli, też na jerka. Też w walce szalał, skakał, wyginał się jak opętany i odjeżdżał w dal. Ale tym razem udało się go podebrać. Miarka wskazała jednak zaledwie 90 centymetrów. Bez porównania z tamtym kolosem…

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Potem pływaliśmy trochę po jeziorze, ale nie mieliśmy już brań. Padał deszcz, było zimno i ponuro, a wiatr był za słaby, aby pobudzić ryby do żeru, a łódce umożliwić właściwy dryf. Pod wieczór wróciliśmy jeszcze na naszą łąkę, gdzie duży szczupak wcześniej wystawił łeb. Tym razem na trolling udało się zaciąć jedną porządną rybę, którą wyjął Sławek. Również dziewięćdziesiątka. A więc wynik na koniec dnia nie był taki najgorszy: dwa 90-centymetrowe szczupaki w łódce, jedna sto dziesiątka stracona w holu i jedna obcinka być może grubej ryby. Emocji trochę było, ale nie ma co ukrywać – nasz gajd liczył tego dnia na znacznie więcej.

Irlandzka jesień

A po powrocie do hotelu poprawiliśmy sobie humor szklanką Guinnessa i pieczoną wołowiną z warzywami. Po tych wszystkich turbulencjach minionego dnia należało nam się.

Dzień piąty

Mieliśmy tego dnia do wyboru: łowienie pstrągów na jeziorze Corrib bądź powrót nad Ree i podjęcie ostatniej próby złowienia metrówki. Ustał praktycznie wiatr, co zdaniem Jacka wykluczało skuteczne łowienie na spinning, ale dawało szanse na dotarcie w najdalsze zakątki jeziora i opuszczenie tam w głęboką toń przynęt przy zastosowaniu metody trollingowej. Zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję.

Łódź zwodowaliśmy ponownie w Roscommon, a po wypłynięciu z portu zdecydowaliśmy się na długi rejs w kierunku południowym, a potem kolejne obławianie kilku głębokich rynien nazywanych przez Jacka „dziurami”. Była to niedziela, więc na wodzie znalazło się wiele charakterystycznych podłużnych irlandzkich łódek z wędkarzami, nastawionymi na pstrągowy trolling. Pływali tu i tam, a gdy nasz kurs przecinał się z trasą którejś z lokalnych łódek, mogliśmy przez chwilę porozmawiać z miejscowymi i zapytać o wyniki. Nie były niestety olśniewające: pstrąga nie zameldował nam nikt, trafiały się jedynie pojedyncze szczupaki.

Irlandzka jesień

Nam niestety szczęście też nie dopisało. Złowiliśmy przez cały dzień jedynie trzy sztuki – w tym jedną dziewięćdziesięciocentymetrową. Tego brania też nie zapomnę nigdy. W pewnym momencie moja wędka na moment przygięła się, a potem wróciła do normalnej pozycji. Jacek od razu poradził, aby poruszyć nieco przynętą, podciągając plecionkę, bo to może pobudzić płynąca za przynęta rybę do ponownego ataku. Szarpnąłem więc za linkę, aby w chwilę potem przeżyć kolejne zdumienie: wędka wygięła się w łuk sygnalizując skuteczne zacięcie się szczupaka. Szok!

A Jacek od razu uchylił przed nami kolejny rąbek swej bezcennej wiedzy:

„Wbrew pozorom raczej rzadko tak się dzieje, że szczupak nagle wyskakuje z głębiny do przynęty i od razu wściekle ją pożera. Prowadząc wabik jednostajnie w trollingu musimy być świadomi, że często ryba płynie za nim przez długi czas, nie mogąc zdecydować się na ostateczny atak. Dopiero jakieś zaburzenie w zachowaniu przynęty może ją zaciekawić i wyzwolić instynktowny odruch żerowej agresji.”

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Jacek był wyraźnie podłamany wynikami – szczególnie z dwóch ostatnich dni, ale moim zdaniem jego zły humor to gruba przesada. Oczywiście rozumiem, że każdy gajd marzy o jak największym zadowoleniu klienta i metrówka byłaby w takim przypadku bardzo wskazana, ale my byliśmy naprawdę i tak bardzo zadowoleni. Wiadomo, że dobre brania nie zdarzają się zawsze i niektóre grupy muszą zmierzyć się z pewnymi utrudnieniami. Ważne, żeby poradzić sobie w takich gorszych warunkach i też połowić ładne ryby.

My trafiliśmy na końcówkę znakomitego żeru, który doskonale wykorzystał wcześniej nasz czeski kolega. Potem przyszła zmiana pogody i północny wiatr, a na koniec flauta. A więc złe warunki do połowów szczupaków. Brania, poza kilkoma momentami większej aktywności, były z reguły anemiczne i rzadkie. Mimo tego złowiliśmy aż 9 okazów przekraczających 90 centymetrów, z których jeden miał aż 98 i nieproporcjonalnie mały ogon. To praktycznie była metrówka. Drugi metrowiec spadł mi w holu, a prawdopodobnie trzeci Sławkowi pierwszego dnia. Piękne ryby były więc wygajdowane, a ich skuteczne wyholowanie uniemożliwił po prostu brak szczęścia. Ponadto padło bardzo dużo osiemdziesiątek i trochę mniejszych ryb. Czy można narzekać na takie wyniki?

Nie ma co się zatem martwić Jacku, jesteś i tak najlepszym znawcą szczupaków, jakiego znam! Twoje opowieści, taktyka łowienia i własnoręcznie robione przynęty ukazują fachowca, który przebił bodaj samego Bertusa Rozemeijera. Rozumiem jednak Twoją ambicję. Właśnie dzięki niej jesteś tak dobry.

Dzień szósty

Ostatni dzień naszego irlandzkiego łowienia spędziliśmy z Tomkiem Kurmanem na Corribie. Celem były tym razem pstrągi – liczyliśmy oczywiście na grubego trollingowego feroksa, ale mieliśmy też nadzieję na złowienie czegoś z rzutu - to w końcu zupełnie inna para kaloszy i bez porównania większa frajda.

Irlandzka jesień

Dlatego Tomek rozpoczął sesję od zatoki, w której mogliśmy liczyć na jakieś branie na spinning z rzutu, gdyż poprzedniego dnia zanotował tam dwa pobicia pstrągów z innymi klientami, z czego jeden – 70-centymetrowy – został skutecznie zacięty i wyholowany.

W to, co zdarzyło się w trzecim dosłownie rzucie, przez dłuższą chwilę nie mogłem uwierzyć. W podszarpywaną tzw. „jerkową” gumkę uderzył nagle w opadzie pstrąg. Natychmiast zaciąłem i po sekundzie ryba zaprezentowała się w pięknym wyskoku. Nie był to kolos, ale na pewno jeden z większych pstrągów jakie miałem w życiu na wędce. Z radością rozpocząłem ostrożny hol. Mocne targnięcia ryby zapowiadały spore emocje.

Nie minęło dziesięć sekund, gdy zaaferowany walką z pstrągiem usłyszałem z sobą zduszone:

„Ja też mam!”

Coś niebywałego – Sławek ściągał już przynętę aby umożliwić mi bezpieczny hol, a nagle w jego woblerka uderzył kolejny pstrąg. Spojrzałem na Sławka – wędkę miał mocno wygiętą, a na twarzy grymas wysiłku. To przecież chłop na schwał, ryba musiała być zatem znacznych rozmiarów.

Po dwóch może minutach mój pstrąg znalazł się w pobliżu łodzi. Tu zanurkował do dna, ale po chwili podciągnąłem go do powierzchni. Wtedy jeszcze raz zanurkował i odjechał na drugą stronę łódki. Kolejny raz wydźwignąłem go do powierzchni – wtedy ukazał swoje cudowne wielkie kropki, wyginając się bez przerwy w typowych pstrągowych młynkach . Marzyłem o tym, aby udało się go podebrać, gdyż już oczami wyobraźni widziałem zdjęcie, które będzie zapewne jednym z moich najpiękniejszych w całej wędkarskiej kolekcji. W sukurs przyszedł mi Tomek, który szybkim ruchem umiejętnie zagarnął pstrąga do podbieraka. Był mój!

Po kolejnych kilku minutach do tomkowego podbieraka wjechał drugi pstrąg. Zatem dublet… To jedno z najpiękniejszych zdarzeń, jakie miałem okazje przeżyć wędrując od lat z wędka po całym świecie. Mój pstrąg miał 60 centymetrów i ponad dwa kilo. Ten Sławka był sporo większy – miarka pokazała 74 centymetry, a masą na pewno przekroczył trzy kilo, może nawet zbliżając się czterech. Był gruby i pięknie ubarwiony – złoto-brunatny. Klasyczny „brown trout”, jak na wyspach nazywają potokowca. Aż trudno w to uwierzyć, ale to był pierwszy złowiony pstrąg w życiu Sławka. I od razu taki okaz, jakiego nie zobaczy nigdy na własne oczy 99,9% zapalonych łowców kropkowanej ryby z płetwą tłuszczową! Szybko zorganizowaliśmy zdjęciową sesję, a fotografem musiał być siłą rzeczy Tomek. Spisał się oczywiście na medal, co widać na załączonym obrazku. Potem ryby w dobrej kondycji powędrowały z powrotem w toń jeziora Corrib.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Kolejna godzina upłynęła nam na spinningowaniu, ale brań więcej nie było. Tomek zdecydował zatem, ze popłyniemy na główne ploso jeziora, aby spróbować szczęścia w trollingu. Może trafi nam się prawdziwy król Corribu – feroks? Tak miejscowi nazywają wielkie pstrągi (minimum 6 funtów wagi), które przechodzą na całkowicie drapieżny tryb życia i żywią się małymi rybami.

Po napłynięciu na właściwy obszar występowania grubych pstrągów Tomek zmontował zestawy i zarzucił wędki. Za przynęty służyły nam martwe rybki – dwudziestocentymetrowe okonie uzbrojone specjalnymi systemikami z woblerowym sterem, aby przynęta lepiej pracowała, imitując żywą rybkę.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Po godzinie na jednej z wędek zaobserwowaliśmy branie – wędka wygięła się głęboko (jak mówi mój przyjaciel Zenuś: w chińskie „er zet”). Sławek wyjął ja zatem z uchwytu i rozpoczął hol, a my z Tomkiem szybko przystąpiliśmy do zwijania dwóch pozostałych wędek. Emocje sięgały pułapu chmur. Sławek spokojnie i metodycznie pompował, przybliżając zdobycz coraz bardziej do naszej łódki. Ryba musiała być duża, stawiała bowiem solidny opór i targała ostro łbem na boki.

Jednak jaka była naprawdę, nie dowiemy się już nigdy. W pewnym momencie Sławek oznajmił bowiem:

„Chyba spadł. Nie czuję już szarpnięć.”

Tomek był bliski załamania:

„No nie mów mi takich rzeczy…”

Ale pełne niepokoju przypuszczenie zamieniło się za moment w brutalną prawdę. Sławek dociągnął do łódki smętnie kołyszącego się na boki martwego okonia – po pstrągu nie było ani śladu. Niebywały pech! Już mieliśmy niemal w zasięgu ręki olbrzymiego feroksa – marzenie tylu wędkarzy. A tak, trzeba było pogodzić się z porażką. Szybko jednak doszliśmy do siebie, no bo wcześniej przeżytego sukcesu w zatoczce nikt nam już nie odbierze.

„To się niestety zdarza – pstrągi spadają. Statystycznie mniej więcej jeden na cztery, pięć. Nie jest to żadne nadzwyczajne zdarzenie, a wędkarski chleb powszedni.” – spokojnie wytłumaczył nam Tomek wypuszczając ponownie trollingowe zestawy.

Kolejne trzy godziny nie przyniosły już niestety brań. To normalne – jedno branie feroksa dziennie w trollingu to mniej więcej średnia w trakcie wieloletniego łowienia chłopaków. Czasem zdarza się nawet kilka brań, ale zdarzają się również dni puste. Ta ryba to jednak rarytas.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

„Nie traćmy ducha. Dzień się jeszcze nie skończył.” – pocieszył nas Tomek i wziął ponownie kurs na zatokę, w której tak pięknie połowiliśmy rano. Gdy dotarliśmy na miejsce wzięliśmy w ręce spinningi i wzięliśmy się do uczciwej roboty. Mniej więcej po godzinie łowienia poczułem w opadzie przytrzymanie. Nie byłem pewien, czy to nie twarda łodyga podwodnej rośliny, więc uniosłem tylko kij do góry nie zacinając bardzo energicznie. Na końcu odezwało się życie! Zaciąłem więc mocniej i poczułem targnięcia ryby. Pstrąg był większy niż rano.

Z mozołem dociągnąłem go w pobliże łódki, a tam ryba zaczęła pływać dookoła nas. Była silna, zdrowa, energicznie wyciągała plecionkę z kołowrotka próbując się oddalić. Nie pozwoliłem jednak pstrągowi na zbyt wiele. Ponownie doholowałem go w zasięg tomkowego podbieraka, a ten jak zwykle zgrabnie chwycił rybę i przeniósł do łódki. Prawie 70 centymetrów, trzy kilo niewyjęte. Złocisty, śliczny potok!

Irlandzka jesień

Potem zanotowaliśmy jeszcze dwa brania, ale niestety nie udało się zaciąć tych ryb. Wynik dnia był zatem niewiarygodny: sześć brań, trzy wyjęte pstrągi, jeden zgubiony w holu feroks. To na pewno jeden z nielicznych dni w roku, kiedy irlandzkie pstrągi z jeziora Corrib były wyjątkowo aktywne. A dla nas piękna nagroda na koniec irlandzkiej przygody.

Dziękujemy Wam Jacku i Tomku, było naprawdę świetnie!

Irlandzka jesień

Nocna podróż wygodnym autobusem z Galway do Dublina zajęła nam 3 godziny. O 9.00 byliśmy już w samolocie Ryanaira, a w chwilę potem mogliśmy podziwiać z lotu ptaka Morze Irlandzkie, wybrzeże Walii i pofałdowany górami obszar parku narodowego Snowdonia. Po trzech godzinach lotu szczęśliwie wylądowaliśmy w Modlinie.

Piotr Motyka

PS.

Zaraz po naszym powrocie do kraju otrzymaliśmy informację, że nasi przyjaciele Jacek i Tomek zajęli drugie miejsce w niezwykle prestiżowych zawodach „Predator Battle Ireland", rozgrywanych na jeziorze Derg. Ostateczny wynik był sumą długości czterech szczupaków, trzech okoni i jednego pstrąga. Chłopcy przegrali tylko z inną parą polskich wędkarzy, z którymi zresztą ściśle współpracują przy obsłudze swoich wędkarskich grup.

Klienci Jacka i Tomka są zatem zawsze w najlepszych rękach. Irlandia pod ich opieką to naprawdę jeden z najlepszych produktów turystyki wędkarskiej na świecie, gdzie relacja jakości do ceny jest wyjątkowo korzystna, a olbrzymie ryby łowi się praktycznie codziennie.

Zobacz galerię zdjęc z wyjazdu:


Ryby na luzie czyli szkierowy urlop w pełni lata

Reportaż Piotra Motyki / Szwecja

Święta Anna - Szwecja

W zeszłym roku miałem niezwykle udany letni wypad w szwedzkie szkiery. Wraz z Rafałem Kowalczykiem oraz jego synem (a moim chrześniakiem) Mateuszem na początku sierpnia znakomicie połowiliśmy grube okonie. Co ważne - nie było żadnej przesadnej napinki, był za to pełen wakacyjny luz, wypoczynek, ciepło i świetna pogoda. Nic zatem dziwnego, że po roku postanowiliśmy powtórzyć tę ekscytującą przygodę.

Tym razem naszym celem były również szkiery Świętej Anny, lecz nie kwaterowaliśmy już na wyspie Kallsö, a w zupełnie innym miejscu: w wewnętrznych zatokach, w okolicy jeziora Sandfjärden i kanałku Strömmen. Towarzyszył nam też czwarty wędkarz – mój sympatyczny kolega i sąsiad z warszawskiego Ursynowa Ignacy.

Oto mój dzienniczek z tej letniej, koleżeńsko-rodzinnej wyprawy.

Piątek, 11 sierpnia

Wyruszamy około 13.00. Samochód zapakowany po dach, ale w naszych planach jest wiele gatunków – sprzętu zatem też należy wziąć więcej. Głównym celem będą oczywiście okonie i szczupaki, a metodą spinning. Jednak poza tym będziemy też próbowali złowić pstrąga, a młody adept wędkarstwa Mateusz chce zasmakować łowienia płoci na spławik. Są więc też zanęty, robaki, muchówki, a nawet dmuchany belly boat. Bez problemu docieramy autostradą do Gdyni i równo o 21.00 wychodzimy w morze. Rano będziemy w Karlskronie, a stamtąd mamy do przejechania jeszcze 300 km. Zaraz po kolacji idziemy więc grzecznie spać, aby choć trochę odpocząć – bo pobudka niestety już o 6.00.

Sobota, 12 sierpnia

Około południa docieramy na miejsce. Domek położony jest nieopodal kanałku Strömmen, łączącego morskie szkiery Świętej Anny z dość sporym jeziorem Sandfjärden. Nazwa jezioro jest w zasadzie umowna, bo woda słodka wymieszała się tam już dawno ze słoną i Sandfjärden stało się częścią szkierów – okresami żyje tam nawet bałtycki śledź. Poza tym oczywiście szczupak, okoń, sandacz i biała ryba. I to w dużych ilościach. Rekordowy „pike” z tegorocznej wiosny miał 118 cm – tak zrelacjonował nam gospodarz. Poza tym dał nam delikatnie do zrozumienia, że obecnie może być ciężko. Wyniki miejscowych, którzy spędzają tu wakacje w swoich domkach letniskowych, nie są rewelacyjne. Wiemy – to lato, trudny czas. Ale myślę, że jakoś sobie z tym poradzimy.

Łodzie są porządne, obszerne, z 30-konnymi silnikami. Dadzą nam szansę pływać dalej nawet przy wietrznej pogodzie. A pływanie to w szkierach klucz do sukcesów. Dzielimy się na dwie ekipy: ja będę pływał z Ignacym, Rafał z Mateuszem. Pospiesznie wypakowujemy się i montujemy sprzęt, bo po południu chcemy oczywiście wypłynąć na ryby. Domek jest dość stary, ale przez to bardzo klimatyczny, taki typowy wiejski – nie ma w nim może za dużo przestrzeni, ale wędkarzom to w zupełności wystarczy. Jest za to spory taras. Ważne, że mamy kuchnię, łazienkę z prysznicem, osobne sypialnie i dużo... kontaktów do ładowania sprzętu. Wygoda na urlopie jest wszak rzeczą ważną i pewne minimum musi być!

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Chłopaki spieszą się bardzo na ryby, ja wiem, że trzeba spokojnie przygotować najpierw sprzęt, zamontować echosondy, zadbać o detale. Niczego nie może na łódce zabraknąć – np. brak plastrów opatrunkowych (uwaga – szczupacze zęby!), aparatu fotograficznego, wody do picia czy rozwieracza może spaskudzić naprawdę piękny czas, kiedy ryby po wielu godzinach bezowocnego pływania zaczynają wreszcie swoje żerowe harce. Grzebię się więc jeszcze ze sprzętem, kiedy inni pędzą już ze spinningami nad kanałek i wykonują pierwsze rzuty. Z drugiej strony nie ma się też im co nadmiernie dziwić – czekali na ten wyjazd niecierpliwie od kilku długich tygodni.

Gdy przychodzę na przystań, Ignacy ma już w ręku okonia – dobrze ponad 30 centymetrów. Rafał z Mateuszem stoją łódką zakotwiczeni na środku kanałku i też coś juz złowili. Wreszcie wypływamy. Kierujemy się w stronę jeziora Sandfjärden. Piękne, zielone, wysokie trzciny tworzą jakby ściany na obu brzegach kanałku. Dopływamy w końcu do połączenia kanałku z jeziorem, gdy zza wysokich trzcin słyszę radosne okrzyki po szwedzku. Wypływamy zza rogu i dostrzegam łódkę z trzema Szwedami, z których jeden trzyma w ręku dorodnego szczupaka około 4 kilo. Po chwili szczupak ląduje z powrotem w wodzie i odpływa w toń. Oho, dobre miejsce – myślę sobie. No tak, połączenie z kanałkiem jest dobrym miejscem, bo nim być musi. Tutaj migrują stada drobnicy, które bacznie obserwują zaczajone w trzcinach drapieżniki. Pewnie spróbujemy tu jeszcze nie raz. Przez dwie godziny obławiamy rozległy blat porośnięty zielskiem z wodą o głębokości w przedziale 1-3 metra, ale nie ma brań.

Święta Anna - Szwecja

Zdaję sobie sprawę, że letnie szczupaki są trudne. Wędkarska teoria, jak również lata osobistych doświadczeń mówią mi, że nie mogą brać tak intensywnie, jak wiosną czy wczesną jesienią. Teraz woda jest ciepła, zakwitnięta. Trzeba czasem czekać godzinami na rozpoczęcie szczupaczego żeru, który zresztą trwa zwykle krótko – kilkanaście minut, pół godziny, może godzinę. W pełni lata najlepsze są ranki i wieczory, ale pojedyncze ryby można złowić o każdej porze dnia. Czasem największe sztuki trafiają się w południe - dlatego wielogodzinne sesje też mają swój sens, choć dużo czasu bez wątpienia przełowimy „na pusto”. Można za to złapać opaleniznę, nawdychać się morskiego jodu, zrelaksować. Zobaczymy, jak będzie teraz…

Całkiem odmiennie powinno być z okoniami. Te latem żerują najlepiej, uganiając się dużymi rozbójniczymi stadami za rybim drobiazgiem. Tutaj w szkierach są widoki na naprawdę dorodne garbusy - można się wystrzelać i smacznie pojeść. A na dodatek o każdej porze dnia jest szansa na powtarzalne brania. To zapewnia brak nudy.

Przepływamy kanałkiem na otwarte szkiery. Przy pierwszym trzcinowisku łowię pierwszego szczupaka. Ma typowy szkierowy rozmiar – około 60 cm i dobrze ponad kilo wagi. Wziął klasycznie – to był tzw. „mocny strzał” z pierwszego opadu, zaraz po zanurkowaniu gumowej przynęty w wodzie. Już dobrze pod wieczór łowię kolejne dwa szczupaki. Jeden z nich ma 2 kilo (czyli już tzw. „ładny”), drugi mniejszy. Wzięły z gęstego zielska, które mocno utrudnia łowienie. Oba na gumę. Rafał z synem mają kilka dorodnych okoni w granicach 40 cm i dwa szczupaki. Ignacy jeszcze na koniec dnia łowi przy kanałku standardowego „zębacza”.

Święta Anna - Szwecja

Wracamy - pierwszy dzień za nami. Jeszcze kolacja i spać.

Niedziela, 13 sierpnia

Na ryby wyruszamy około południa. Kierujemy się kanałkiem w lewo, na szkiery. Po drodze mijamy szwedzką łódkę zakotwiczoną niedaleko mostku. Miejscowi uwielbiają okonie – dla nich to największy kulinarny rarytas, łowią je więc latem namiętnie. Przy pierwszym pasie trzcin mam uderzenie z opadu, ale ryba schodzi. Oglądam przynętę – obcięty ogonek. Jak się później okaże – znak firmowy tego wyjazdu. Próbujemy dalej - wokół małych wysepek wyjmuję niedużego szczupaka, potem Ignacy kolejnego. Swoją zdobycz ma też Rafał. Wielką uciążliwością przy łowieniu są wysokie pędy morskich roślin, przypominających sznurki, które rosną od dna aż do powierzchni wody. Przy trzcinach tak gęsto, że skuteczne i lubiane przez nas łowienie z opadu jest bardzo trudne, w wielu miejscach wręcz niemożliwe. Glony łapiemy już zaraz po rzucie, niemal z powierzchni. Nieco dalej od trzcin jest już trochę lepiej, ale i tak po kilku obrotach korbką już mamy na przynęcie twardy, brunatny pęd, zaburzający jej normalną pracę. Staramy się więc łowić nieco głębiej, tam, gdzie pas roślin kończy się lub jest na tyle rzadki, że już da się prowadzić gumy. O innych przynętach raczej nie ma mowy – kotwiczki są tak „czepne”, że wobler czy obrotówka ma efektywny czas pracy na poziomie 2-3 sekund od wpadnięcia do wody. Nawet powierzchniowe poppery zahaczają o upiorne glony i przestają chlapać. Jakiś koszmar - takiej ilości tego dziadostwa nie pamiętam. Ale każdy rok jest inny i ma swoją specyfikę. Tego nauczyłem się przez lata wędkowania w Szwecji. Stosujemy więc gumy i to bez dozbrojek, muszą wystarczyć nam pojedyncze haki. Efektywny czas pracy przynęty - niezakłócony żadnymi farfoclami - jest bowiem jednym z najważniejszych czynników wpływających na wędkarski sukces.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Powoli kierujemy się w głąb szkierowej zatoki, tam, gdzie koledzy zaznaczyli mi na mapie najlepsze miejsca na wiosenne szczupaki. Ale czy na letnie? Zobaczymy. W końcu dopływamy. Wzmaga się wiatr, łowienie w dryfie jest więc bardzo trudne. Niemniej zawsze lepiej gdy wieje, niż gdyby miała być flauta. To pobudza drapieżniki. Woda ma tu już ponad 20 stopni Celsjusza, choć w innych miejscach jej temperatura nie przekraczała osiemnastu. Jest płytko, góra metr głębokości. Woda mętna, dno porośnięte moczarką, na brzegach gęste trzciny. Wygląda to wszystko rewelacyjnie, ale godzina łowienia nie przynosi żadnych efektów. Powoli przesuwamy się więc z powrotem w stronę naszego kanałku, tym razem południowym brzegiem zatoki. Po drodze Rafał z Mateuszem zaliczają jakieś szczupaki.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Wiatr zaczyna dochodzić do siedmiu metrów na sekundę, nawet na kotwicy ściąga nasze łodzie. Płyniemy więc na jezioro Sandfjärden, gdzie możemy znaleźć więcej osłoniętych miejsc. Tam też notujemy kolejnych kilka brań i wyjmujemy parę szczupaków. Największego ma Rafał – dwa i pół kilo. Był zaczajony w trzcinach przy samym kanałku, tam, gdzie wczoraj swoją rybę mieli spotkani Szwedzi.

Święta Anna - Szwecja

Do wieczora nic spektakularnego się już nie wydarza. Rafał z Mateuszem płyną więc z powrotem na przystań, aby połowić na zanęconym wcześniej miejscu na spławik. Mały zalicza kilka płotek, my z Ignacym jakiegoś pojedynczego okonia i tak nasz wędkarski dzień dobiega końca. Na kolację smaczne gołąbki z ziemniakami i przyjemnie umęczeni lądujemy w łóżkach. Na razie pod względem wyników jest mocno średnio, ale jutro – jak zwykle – nowe nadzieje. I to jest właśnie najpiękniejsze na wyprawach.

Święta Anna - Szwecja
Poniedziałek, 14 sierpnia

Rano śpimy jak zwykle nieco dłużej (urlopowe prawo), a potem jemy smakowite śniadanko, czyli jajecznicę na boczku. Po śniadaniu gotuję żurek na dwa dni – nic tak jak smaczna, gorąca zupa nie zaspokoi pierwszego głodu po powrocie z ryb. Koło południa meldujemy się na pomoście. W wodzie widać całe ławice małych rybek – są cierniki, uklejki, płotki. Ileż tu pokarmu dla drapieżników! Co chwila słychać atak okonia na powierzchni. Wypływamy. Dziś całodzienna wycieczka w odleglejsze rejony szkierów, chcemy sprawdzić miejsca, które obławiałem wielokrotnie mieszkając w zatoce Slatbaken. Tam, bliżej otwartego morza, woda może być chłodniejsza, a ryby bardziej aktywne. Płyniemy zatem w stronę mostu w Lagnö. Woda nie jest dziś zbyt sfalowana, płynie się komfortowo. Po drodze zatrzymujemy się w pierwszej lepszej zatoczce. Ignacy ma od razu branie, potem ja. Ryby jednak nie zapinają się na hakach. Biorą bardzo ostrożnie, delikatnie. Potem Rafał z Mateuszem wyjmują po szczupaku – mały nawet takiego około 2 kilo. Będzie z niego wędkarz! Potem wyjmujemy jeszcze kilka okoni i płyniemy dalej.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

W następnej zatoce Rafał ma rybę 2,5 kg i jeszcze jedną mniejszą. My z Ignacym na razie tylko kolejne brania. Ogonki znów odgryzione. Przed mostem, w Sanden, podpływamy do sklepu spożywczego, gdzie robimy drobne zakupy. Potem płyniemy w ostatnią zatokę przed mostem, gdzie wreszcie wyjmuję pierwszego szczupaka. Rafał ma znowu ładniejszego - ponad dwa kilo. A ja zaliczam trzy następne niezacięte brania i tracę kolejny ogonek. Tu miejsce jest bardzo ciekawe – trzcinowisko sąsiaduje z podwodną łąką i spadkiem na kilka metrów głębokości. To modelowa miejscówka na grubego zwierza. Trzeba by cierpliwie połowić kilka godzin, ale my wolimy różnorodność wrażeń i płyniemy dalej.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Następną rybę wyjmuje po drodze Ignacy. Standard – na oko dwójka albo trochę mniej. Wziął na rippera Mannsa w ocienionej zatoczce, dwa metry od trzcin.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Wreszcie dopływamy do jednej z moich ulubionych zatoczek w pobliżu drewnianego mostu na kanale prowadzącym na zewnętrzne szkiery i otwarte morze. Ignacy zalicza następną podobną jak wcześniej rybę, a Rafał ma na sporą białą gumę z niebieskim grzbietem branie czegoś znacznie większego. Po zacięciu szczupak krąży wokół jego łodzi, a ja szybko wyjmuję aparat i robię pierwsze fotki. Przy pierwszej próbie podebrania ryba umyka do dna, a po chwili Mateusz gorączkowo szuka w torbie chwytaka, bo klasyczny leszczowy podbierak chyba trochę za mały. W pewnym momencie szczupak wyskakuje z wody i niestety wypina się z haka. A był tuż, tuż. Szkoda. Ryba miała według mojej pobieżnej oceny około 4 kilo i pomiędzy 80 a 85 centymetrów długości. No cóż - to się zdarza, to wędkarski chleb powszedni i trzeba z tym żyć. Na szczęście udało mi się zrobić szczupakowi zdjęcie w wyskoku, więc jakiś połowiczny chociaż sukces jednak jest.

Święta Anna - Szwecja

Potem Ignacy wyjmuje nieco mniejszego szczupaka niż dwa wcześniejsze, a ja przy kolejnej wysepce „półtorakilaczka” z klasycznego opadu przy trzcinach. To było mocne walnięcie, takie, jakie lubię najbardziej. Z kolei Rafał z Mateuszem trafiają na stadko okoni, z których kilka udaje się wyjąć. Ja zaliczam tylko jednego, a przy okazji na okoniowy zestaw zaczepił mi się szczupak, niestety po wyskoku zerwał się - podobnie jak wcześniej Rafałowy. Wokół tych wysepek dużo się działo, to na pewno jedno z lepszych miejsc.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Tymczasem płyniemy dalej, na kilka zatoczek znanych mi dobrze z wcześniejszych wypraw. Tam zawsze coś sobie przytuliłem, w jednej z nich nawet przy każdym pobycie coś większego. Teraz jednak nic nie wyjmujemy, notuję tylko kolejne niezacięte brania. Kilkaset metrów dalej jedną rybę ma za to Rafał. Nieco zgłodnieliśmy, trzeba więc otworzyć konserwę i zrobić kanapki. Takie biwakowe jedzenie… A na deser czekolada z orzechami. Siły więc szybko powracają.

Potem łowimy jeszcze bez efektów przez dwie kolejne godziny, a na końcu, w drodze powrotnej łowię z trzcin szczupaka około półtora kilo. Jeszcze w przydomowym kanałku mam z opadu przy dnie branie potężnego okonia, jednak po kilkunastu sekundach walki ryba uwalnia się z haka. Na mostku widzę dwóch wędkarzy o mocno śniadej karnacji, których na szkierowym wybrzeżu też się coraz częściej spotyka. Oczywiście nie tylu co w Sztokholmie czy Malmö, ale np. w Valdemarsvik jest ich spora kolonia. Łowią w pionie okonie, bodaj na robaka. Co chwila wyjmują rybę, nawet niektóre mają ponad 30 cm. Popływamy więc w stronę mostka – na tyle blisko, na ile pozwala wędkarski savoir vivre – niemniej udaje mi się wyjąć tylko jednego, ale za to dość ładnego pasiaczka. Z kolei za mostkiem Ignacy ma dwa. Około dziewiątej kończymy ten piękny wędkarski dzień. A w domu czeka na nas talerz gorącego żuru z białą kiełbasą. Warto było potrudzić się trochę rano!

Święta Anna - Szwecja
Wtorek, 15 sierpnia

Dziś podwójne uroczysty dzień – w wymiarze religijnym i polskim. Wniebowzięcie NMP czyli mówiąc potocznie święto Matki Boskiej Zielnej, a także rocznica Cudu nad Wisłą czyli sławetnego zwycięstwa nad bolszewikami z 1920 roku. Na ryby ubieram się więc adekwatnie – zakładam białego t-shirta i czerwoną czapeczkę z orzełkiem. Pamięć naszych bohaterów warto czcić – nawet na urlopie.

Dzisiaj jest potężna wichura – momentami wieje 6-7 metrów na sekundę. Nie płyniemy więc tak daleko, jak wczoraj. Przeprawiamy się tylko na drugą stronę naszej szkierowej zatoki i wpływamy w mniejszą, boczną jej odnogę. Tam znajdujemy gigantyczny blat porośnięty zielskiem – głównie rogatkiem i rdestnicą, za to mniej jest tych nieprzyjemnych sznurkowatych traw. Dryfujemy nad łąką i obławiamy dokładnie każdy jej metr, na zmianę z lewej i prawej strony. Podskórnie czuję, że tu musi coś siedzieć. Jakby na potwierdzenie tej tezy mam uderzenie w przynętę, ale znowu nic się nie zaczepia. Łowimy dalej, jednak z każdym kwadransem nadzieja gaśnie. Wreszcie Ignacy po godzinie młócenia wody odkłada wędkę i układa się do drzemki, ja natomiast nie rezygnuję i kontynuuje walkę. Wreszcie jest! Silne uderzenie w biało-niebieską gumę, zacięcie, krótki hol i w łodzi ląduje przyzwoity dwukilowy szczupak.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Ignacy wstaje i zabiera się również do biczowania wody. Morale znów na odpowiednim poziomie. Cóż, w wędkarstwie każda złowiona ryba, ba – każde branie – to powrót nadziei, wiary, zastrzyk nowych sił. Zakładam jeszcze większą gumę imitująca płotkę z cięższą 10-gramową główką. Aby przynęta szła głębiej, bliżej przyczajonych przy dnie drapieżnych zębatych paszcz. Po niespełna dziesięciu minutach czuję znacznie silniejsze „kopnięcie” jakieś piętnaście metrów od prawej burty. Zacinam natychmiast energicznym ruchem. Ciężar pulsuje! Wędka dobrze wygięta. Walka trwa 2-3 minuty, ryba nurkuje pod łódź, ale w końcu ten gruby letni szczupak w granicach 3 kilo trzepie się już w podbieraku. Niby nic wielkiego, bo do metra jeszcze daleko, ale w tych trudnych warunkach daje jednak sporo satysfakcji.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Tymczasem wiatr wieje coraz mocniej, a kolejna godzina nie przynosi więcej żadnych brań. Decydujemy się spłynąć na niezamieszkałą skalistą wysepkę i zrobić sobie tam obiad. To już nasza szkierowa tradycja. Wzięliśmy ze sobą na łódź jednorazowego grilla, pieczywo i kiełbaski, które w takich okolicznościach, nad wodą, smakują zdecydowanie najlepiej. Z góry spoglądamy na sfalowaną zatokę – powrót na drugi brzeg może być trudny. Na szczęście w ciągu godziny wiatr słabnie – zgodnie zresztą z prognozą świetnego pogodowego portalu www.yr.no, tak więc po spożyciu lunchu wracamy w okolice naszej bazy. Tam spinningujemy jeszcze przez kilka godzin, ale tego dnia nie łowimy już więcej ani jednego szczupaka. Pada za to kilka okoni, niemniej zawsze są to wymęczone, pojedyncze ryby. Na szalony stadny żer, gwarantujący ciągłe brania przez dłuższy czas, jeszcze na tym wyjeździe nie trafiliśmy.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja
Środa, 16 sierpnia

Dzisiaj mamy specjalny punkt programu – wycieczkę na pstrągi. Około 30 kilometrów od naszego domku znajduje się prywatne leśne jeziorko, należące kiedyś do mojego szwedzkiego znajomego, a obecnie będące w posiadaniu innego Szweda. Udało mi się przed wyjazdem uzyskać jego zgodę na jednodniowe połowy. Jezioro zostało kilka lat temu zarybione grubymi pstrągami tęczowymi. Łowiłem tam już dwa razy, i za każdym razem mnie oraz moim towarzyszom udawało się złowić kilka okazowych sztuk. Ponadto miejsce jest bardzo urokliwe, położone w lesie, na odludziu, można więc tam spędzić kilka miłych godzin i dobrze wypocząć.

Padający przez całą noc deszcz skończył się około południa. Po przygotowaniu pstrągowego sprzętu wyruszamy więc w drogę pełni nadziei i przyjemnego podniecenia. Po dojechaniu na miejsce rozkładamy wędki, a ja dodatkowo pompuję mojego belly boata. Dzielimy się na dwie grupy – trzej panowie spinningiści będą łowić z łódki, ja natomiast spróbuję szczęścia na sztuczną muchę pływając belly boatem, z brzegu bowiem, ze względu na zarośla, rzuty muchówką byłyby bardzo trudne. Jeziorko jest w pełni lata obficie porośnięte grążelami i pięknymi liliami wodnymi – widok mógłby posłużyć jakiemuś pejzażyście do namalowania impresjonistycznego dzieła. Jednak wokół roślinności jest też dość szeroki pas czystej wody – łowienie będzie skutkiem tego dość komfortowe.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Gdy ja męczę się jeszcze na brzegu z całym moim muchowym majdanem, na łódce już pierwsze branie! Mateusz zaciął okazałego tęczaka, który wysnuwając w szalonym tempie żyłkę z kołowrotka pomknął w stronę gęstych zarośli. Mały nie zdążył jeszcze dokręcić hamulca, a ryba była już w zielsku. Niestety, pstrąg sprytnie wbił tkwiącą w pysku kotwiczkę w twardą grążelową łodygę i uwolnił się z haka. Stary numer! Z dużymi rybami tak właśnie jest. Trzeba natychmiast po braniu odciągać je siłowo od wszelkich znajdujących się w wodzie zawad, drzew, krzaków, głazów czy podwodnych roślin. Nie zawsze się to jednak udaje i tak też stało się tym razem. Matusz jest niepocieszony – ryba była naprawdę wielka…

Rozpoczynam wędkowanie z użyciem oliwkowego streamera. Bez efektów Zmieniam go więc na pomarańczowo-czarnego. Również nic. No to zakładam białego, a potem szarego, czarnego i brązowego. Zmieniam duże na mniejsze. Nic, żadnego odzewu w wodzie. Powoli zaczynam się denerwować – czyżby ten pstrąg Mateusza był jakimś przypadkowym zrządzeniem losu, a letnia pora i dość nagrzana woda uniemożliwią nam osiągnięcie sukcesu? Ryby mogą przecież siedzieć w roślinności, a wyruszać nad żer jedynie wczesnym rankiem lub późnym wieczorem.

Z gorączkowych rozmyślań wyrywa mnie nagle głośny chlupot wody. Odwracam się przez ramię i widzę wygiętą wędkę Ignacego, a w wodzie potężne rozbryzgi tworzone przez ciągniętą niemal po powierzchni rybę. Krzyczę do niego, aby holował ostrożniej, nie na siłę, ale jest już za późno. Ryba dojeżdża szybko w okolice łódki i znika w trzymanym przez Rafała podbieraku. A więc jest! Zaraz dochodzę do wniosku, że decyzja Ignacego była jednak słuszna – siłowy hol był możliwy dzięki mocnemu kijowi i plecionce, a oddanie rybie choć odrobiny inicjatywy mogło zakończyć się jej utratą w kłębowisku roślin.

Pstrąg jest ogromny – ma na oko jakieś cztery kilo. Płetwy pełne, kolory śliczne, wygląda jak dziki. Ignacy z dumą prezentuje go do zdjęcia, a ja – co tu dużo mówić – trochę mu zazdroszczę. Trofeum jak z bajki. Na tym niewielkim leśnym jeziorku, w tak pięknych okolicznościach przyrody. Brawo! Pływam więc dalej w różnych rejonach naszego łowiska, wykonując przez cały czas z mozołem kolejne rzuty, ale efektów jak nie było, tak nie ma. Nie pomagają próby skuszenia pstrągów nimfą, mokrą muchą, glajchą czy tak skuteczną na wszelkich łowiskach świata sanową „gangreną”. A na łodzi znowu radość! Tym razem Rafał zacina i skutecznie podbiera kolejnego „kabana”. Tym razem ryba jest nieco mniejsza – ma „tylko” około 3 kilo. Spinningiści dzisiaj górą!

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Cóż, dzień dobiega końca, a ja muszę pogodzić się z porażką. Czasem jednak tak bywa, że agresywna spnningowa przynęta jest skuteczniejsza od wszelakich much – szczególnie, gdy łowimy duże pstrągi żywiące się głównie rybkami. Gdyby pstrąg był nastawiony na pływające w wodzie larwy, nimfy i inne małe żyjątka, albo gdyby zbierał z powierzchni majową jętkę, dołożyłbym im muchówką pewnie z dziesięć do zera. A tak – trzeba wracać do domu z nosem spuszczonym na kwintę i obolałymi korzonkami. Takie życie. Humor poprawiają mi dopiero podane na kolację szwedzkie kuleczki mięsne – tzw. „köttbullar”. To specjalność miejscowej kuchni. Można kupić je gotowe w niemal każdym sklepie spożywczym, co czynimy choć raz na każdym wyjeździe. Po ogrzaniu na patelni lub grillu, podawane z ziemniaczkami puree, smakują wyśmienicie – jak nasze polskie mielone!

Czwartek, 17 sierpnia

Prognoza pogody jest optymistyczna, tak więc znowu robimy sobie dalszą wycieczkę za wysoki most. Po drodze Rafał z Mateuszem wyciągają kilka szczupaków, w tym jednego znacznych rozmiarów – ma 82 centymetry i minimum 4 kilo. Piękna ryba! My z Ignacym notujemy tylko kilka pustych brań. Tracę też kolejne ogonki od przynęt. Wyraźnie nam nie idzie. Pierwsze ryby wyciągam dopiero po trzech godzinach pływania. I są to okonie! Trafiliśmy wreszcie na stadko, które goniło wściekle za drobnicą. Zdradzały to wyskakujące z wody w górę maleńkie rybki.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Każdy rzut przynosi okonia w granicach 25-30 centymetrów. Wyciągam po kolei cztery i brania ustają. Po paru minutach dostrzegamy gotująca się wodę w zupełnie innym miejscu. Podpływamy tam w te pędy i znowu – rzut, bach i siedzi, rzut, bach i siedzi! Brania są niezwykle agresywne – tak więc jest to ten rodzaj żeru, a o którym marzyliśmy. Niestety, szaleństwo trwa ledwie kilka minut i znowu ustaje. Mimo usilnych starań nie odnajdujemy już stada. Można zrobić przerwę na lunch.

Po upływie kolejnej godziny postanawiam skupić się na sporym kilkuhektarowym blacie o głębokości 1-2 metrów, okolonym trzcinowiskami i porośniętym w całości roślinnością zanurzoną. Miejscami jest ona gęsta i znacznie utrudnia łowienie, miejscami jednak rzadsza – i tam lokuję swoje największe nadzieje. Prowadząc gumę już czuję, że jej praca pomiędzy łodygami jest właściwa i musi przynieść efekty. Nie mylę się. Najpierw notuję kilka brań i odprowadzeń, wreszcie zacinam szczupaka, który jednak wyczyniając skomplikowane akrobacje uwalnia się na moich oczach z haka, a następnie zacinam kolejnego, doprowadzam do łódki i podejmuję chwytem za kark. No, wreszcie! Wykonuję kolejne rzuty - to w prawo, to w lewo – i czuję na kiju kolejne skubnięcia. Wreszcie atomowe uderzenie niemal wyrywa mi spinning z ręki: jakieś pięć metrów od łódki spory szczupak chwycił moją gumę, a ja natychmiast skontrowałem go energicznym zacięciem. Jest na haku! Stojąc wysoko na rufie łódki świetnie widzę, jak złocista ryba wygina się w przejrzystej wodzie walcząc o wolność. To piękny moment - ryba na kiju, serce bije szybciej. W końcu udaje mi się uspokoić szczupaka i podprowadzić w pobliże burty, a Ignacy naszym wielkim szczupakowym podbierakiem chwyta go pewnie i przenosi do łodzi.

Wyjmuję rybę z podbieraka i przykładam do miarki – ma 80 centymetrów. Waga na moje wyczucie w granicach 4 kilo, może ciut mniej, może ciut więcej. Unoszę szczupaka do zdjęcia trzymając palcami pod pokrywą skrzelową, a ten w pewnym momencie wyszarpuje się i przebija mi kciuk ostrym zębiskiem niemal na wylot. Krew leje się strumykiem, ale rana kłuta nie jest na szczęście tak kłopotliwa, jak cięta. Oddaję rybę Ignacemu, robię sobie szybko prowizoryczny opatrunek (i znowu: co by było, gdybym nie miał przy sobie plastrów?!) i fotografuję rybę w dłoniach kolegi. Niech zostanie mi choć jakaś pamiątka jako rekompensata za to cierpienie. Oczywiście jest jeszcze jeden bonus, znacznie ważniejszy – satysfakcja łowcy. Ryba tej klasy, złowiona w okresie letniego żerowego lenistwa, powinna sprawić radość każdemu wędkarzowi. Bowiem tylko łowca wie, ile wysiłku, ile intensywnych przemyśleń nad taktyką, ile rzutów i zmian przynęt go kosztowała. Tym bardziej, że tego dnia przez wiele godzin nie miałem na pokładzie żadnego szczupaka. Czasem prawdziwym sukcesem jest metrówka, ale czasem niemniej frajdy da dziewięćdziesiątka, osiemdziesiątka czy nawet siedemdziesiątka. Wszystko zależy od okoliczności.

Święta Anna - Szwecja

Ignacy wypuszcza ostrożnie szczupaka do wody, a ten oddala się żwawo w stronę dna. Do wieczora mamy jeszcze kilka brań, a dwa kolejne szczupaki szczęśliwie lądują w łodzi. Jedna spora ryba zrywa mi plecionkę, co wydaje się dziwne, ale ta musiała przetrzeć się wcześniej na jakimś kamieniu. Wreszcie podpływają do nas Rafał z Mateuszem i meldują, że na innych miejscach złowili łącznie 11 sztuk oraz kilka okoni. Zatem zupełnie niezły dzień, pora wracać do domu.

Piątek, 18 sierpnia

Dziś ostatni dzień łowienia. Rano trochę dłużej grzebiemy się i wypływamy dopiero koło 13.00. Zmieniamy też obsadę łodzi – tym razem ja popłynę z moim chrześniakiem, a Rafał z Ignacym. Oni też startują pierwsi, a my łowimy jeszcze przez godzinkę płotki z pomostu. Biorą świetnie, ale tylko małe sztuki. Nic większego nie podeszło.

Święta Anna - Szwecja

W końcu wypływamy i kierujemy się najpierw w stronę jeziora Sandfjärden. Na naszym bankowym miejscu, czyli połączeniu kanałku z otwartą wodą, zacinam szczupaka, ale ten w efektownym wyskoku uwalnia się i czmycha z powrotem z toń. No dobra, starczy. Ruszamy ponownie w tym samym kierunku co wczoraj.

Ryby nie biorą jednak już tak dobrze jak dzień wcześniej. Przez długi czas nie mamy nic. W końcu Mateusz wyjmuje jednego szczupaka. Ja z kolei mam dwa niezacięte, bardzo niemrawe brania. Dopływamy wreszcie do tego blatu, na którym nieźle połowiłem wczoraj. Tu jestem pewien sukcesów. Po godzinie szczupaki uaktywniają się. Najpierw rybę wyjmuje Mateusz, potem ja, następnie Mateuszowi spada w holu szczupak, potem znowu ja mam dwa lekkie trącenia. No, i tak nie najgorzej, tym bardziej, ze koledzy z drugiej łódki nie mają nawet kontaktu z poważniejszą rybą.

Święta Anna - Szwecja

Zmieniamy miejsce – płyniemy dalej wzdłuż trzcin. Wreszcie kotwiczymy w małej zatoczce gęsto porośniętej zielskiem, pomiędzy którym widać jednak oczka czystej, klarownej wody. Operując w tych właśnie oczkach zacinam i wyciągam dwa kolejne szczupaki, a potem Mateusz jednego. Wreszcie czuje agresywne branie niemal z powierzchni – to ładny okoń, trzydziestak. Za chwile następny, a kolejny u Mateusza. Ten ma w granicach 40 centymetrów – piękny, oliwkowy. Niestety, w gdy sięgam już po niego podbierakiem, spina się i znika w głębinie. Potem brania ustają. Stadko okoni znowu oddaliło się w siną dal.

Tymczasem Rafał z Ignacym też znajdują swoje ryby. Na ostrym spadku przy trzcinach do 3 metrów zacinają kilka szczupaków. Wszystkie tego dnia są standardowe – mają maksymalnie 2 kilo masy.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

W drodze powrotnej do naszej bazy łowimy jeszcze kilka okoni – i znów chłopcy znaleźli stado, które jednak po wyciągnięciu paru sztuk zniknęło jak kamfora. Na koniec, już naszym kanałku, mam jeszcze jednego okonia pod mostkiem, a trzy kolejne brania kończą się zejściem dużych na moje wyczucie ryb. Pech! Jednak ostatnie słowo należy do Ignacego – przy samym pomoście łowi jeszcze jednego grubego garbusa. To dobry, końcowy akord. Wieczorem prawdziwa rybna uczta – z jednego ze złowionych dwa dni wcześniej pstrągów robimy sushi oraz meksykańskie ceviche. Ryba znika z półmisków w mgnieniu oka.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja
Sobota, 19 sierpnia

Rano pakujemy się, wyrzucamy posortowane wcześniej śmieci do odpowiednich pojemników, sprzątamy domek, żegnamy się z gospodarzem i ruszamy w drogę. Przy rzece Eman, na parkingu robimy sobie jeszcze kiełbaski z grilla. Przed 21.00 jesteśmy na promie Stena Vision. Rano dopłyniemy do Gdyni.

Święta Anna - Szwecja
Święta Anna - Szwecja

Zróbmy więc małe podsumowanie: na tej letnie wyprawie padło 49 szczupaków. Dwie osiemdziesiątki, kilka siedemdziesiątek, reszta mniejsze. Kilka dużych ryb spięło się z zestawu lub zerwało linkę, nie wiemy zatem ile dokładnie mogły mieć. Wiosną bylibyśmy pewnie rozczarowani, bo wtedy poprzeczka oczekiwań wisi znacznie wyżej. Teraz, w pełni upalnego lata, łowiąc w szkierach na południu Szwecji, nie liczyliśmy na wiele więcej – szczególnie w odniesieniu do szczupaków. Tym bardziej, że nikomu nie chciało się wstawać skoro świt na ryby. Aby analiza była pełna, musimy wziąć pod uwagę jeszcze jeden aspekt – ilość brań. Tych było znacznie więcej niż ryb, trzy- a może nawet czterokrotnie. Gdy weźmiemy zatem pod uwagę, że szczupakowych pobić mieliśmy od stu pięćdziesięciu do dwustu, a więc nawet około 8 na osobę dziennie, to musimy uznać, że nie było nudno. Z brań rodzą się emocje, a one są w naszym hobby najważniejsze. To, że ilość skutecznych zacięć byłą tym razem mała, wynikało ze specyfiki pory roku, konieczności łowienia pojedynczymi hakami i aktualnych warunków w łowisku.

Ale nie na szczupakach świat się kończy. Poza nimi padły dwa piękne okazowe pstrągi, a jeden wygrał walkę z wędkarzem. Pogoda dopisała – zasadniczo w dzień nie padało, było ciepło, wiatr umiarkowany, przez długie godziny na niebie stało słonko. Do tego smaczne jedzenie, możliwość spania do oporu, no i rzecz najważniejsza – super towarzystwo. Jeśli coś nas zawiodło, to jedynie okonie. Rok wcześniej w Kallsö brań było jednak zdecydowanie więcej, ale każdy wędkarz wie, że to nie my o tym decydujemy - taka jest po prostu przyroda. Zawsze zaskakująca, zawsze pisząca nowe scenariusze.

Czy letnie wyprawy w szwedzkie szkiery mają zatem sens? Niech każdy odpowie sobie sam. Ja uważam, że zdecydowanie tak! Jeśli dopisze zdrowie, na pewno będę je jeszcze wielokrotnie powtarzał.

Piotr Motyka

Szkiery Świętej Anny (Szwecja), sierpień 2017


Zobacz galerię zdjęc z wyjazdu:


Więcej o blogu

Witam serdecznie wszystkich Wędkarskich Podróżników!

Nazywam się Piotr Motyka i jestem gospodarzem oraz redaktorem tego bloga.

Na blogu znajdziecie wiele moich tekstów, zdjęć oraz reportaży, ale także materiały autorstwa moich Kolegów „po kiju”. Część z nich prezentowana jest również na stronie fishingexplorers.com, inne tylko tutaj. Tematem są wędkarskie podróże, a wszystko adresowane jest do ludzi, którzy tak jak my je kochają.

Zapraszam serdecznie!

Czytaj również

Siedziba biura

EVENTUR FISHING
ul. Roentgena 23 lok. 21, III piętro
02-781 Warszawa

biuro czynne od poniedziałku do piątku w godzinach 09.00-17.00

telefon: + 48 22 894 58 12
faks: + 48 22 894 58 16